Kosmetyki – twardy biznes

Branża kosmetyczna ma w Polsce to, do czego dąży krajowy przemysł meblarski: bardzo silną pozycję marek należących do rodzimych firm, które nie muszą się ratować produkcją na zamówienie zagranicznych zleceniodawców. W przeciwieństwie do meblarstwa firmom kosmetycznym brakuje jednak dostępu do surowców wytwarzanych lokalnie.

O kondycji polskiego przemysłu kosmetycznego rozmawiam z Andrzejem Sikorskim, kosmetologiem prowadzącym firmę konsultingową AS Cosmetics Service, która od 1998 r. opracowała ok. 2,5 tys. receptur i technologii kosmetyków wdrożonych do produkcji oraz wydała kilkaset ocen bezpieczeństwa kosmetyków.

ZEW for men Andrzej Sikorski Kamil Pawelski
Po prawej: Andrzej Sikorski, założyciel laboratorium technologii kosmetyków AS Cosmetics Service, założyciel i pierwszy prezes Polskiego Towarzystwa Kosmetologów oraz członek International Federation of Societies of Cosmetic Chemists, członek Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego. Po lewej: Kamil Pawelski, założyciel bloga o modzie męskiej EkskluzywnyMenel.com, ambasador nowej polskiej marki kosmetyków dla mężczyzn ZEW for men.

Jak duży jest przemysł kosmetyczny w Polsce?
Andrzej Sikorski: W naszym kraju działa od 400 do 450 dużych, średnich, małych i bardzo małych firm produkujących kosmetyki. To sporo, ale powszechnie rozpoznawanych jest kilkanaście rodzimych marek, m.in. Bielenda, Inglot, Dr Irena Eris, Joanna czy Ziaja. Nazwy tych marek pochodzą od nazwiska lub imienia ich twórców. Poza tym niektórzy polscy producenci nadają obcojęzyczne nazwy swoim brandom, przez co klienci często nie zdają sobie sprawy z tego, że kupują polskie produkty.

W przemyśle meblarskim wielu polskich producentów utrzymuje się głównie z zamówień zdobywanych od zagranicznych kontrahentów. Są tylko podwykonawcami. Czy w branży kosmetycznej jest podobnie?
Nie. Żadna z dużych polskich firm kosmetycznych nie produkuje na zamówienie międzynarodowych koncernów. Utrzymują się i rozwijają dzięki sprzedaży towarów oznaczanych rodzimymi markami. Z międzynarodowymi korporacjami współpracują tylko niektórzy, mniejsi wytwórcy. Wielkie koncerny mają w Polsce własne fabryki i stamtąd pochodzą towary sprzedawane w naszym regionie i przeznaczane na eksport. Największą fabryką dysponuje Avon – kosmetyki wyprodukowane w Garwolinie trafiają nie tylko do Polski, lecz także na rynki całej Europy. Podobnie działa Oriflame.

Kto jest silniejszy pod względem wielkości i wartości sprzedaży kosmetyków w Polsce? Kilka międzynarodowych korporacji czy kilkuset polskich producentów?
Na naszym rynku dominują polskie firmy, m.in. Ziaja, Oceanic, Dr Irena Eris. Polacy świadomie i bardzo chętnie wybierają polskie kosmetyki. Mają zaufanie do krajowych marek, ich jakości, systemu obsługi, w tym do działów reklamacji. Kilka lat temu rynkiem farb do włosów zatrzęsła Joanna, niemal wypierając z rynku, wówczas wydawać by się mogło nienaruszalnego L’Oréala. O sukcesie Joanny zadecydowała znacznie niższa cena polskich farb, ale obniżenie cen produktów przez francuski koncern nie spowodowało powrotu Polek do zagranicznej marki. Mimo podobnego poziomu cen klientki wolą używać polskich produktów. Nawiasem mówiąc, produkcja farb sygnowanych marką L’Oréal odbywa się koło Pruszkowa w fabryce przejętej od dawnej Polleny.

Polacy mają zaufanie do polskich marek kosmetycznych i chętnie kupują produkty nimi oznaczane.

Czy polski przemysł kosmetyczny zawsze był tak silny, czy zaczął się rozwijać dopiero po 1989 r.?
Polska od kilkudziesięciu lat jest największym producentem kosmetyków w regionie. To przemysł z tradycjami sięgającymi lat 20. XX w. Po drugiej wojnie światowej duże zakłady produkcyjne należały do zjednoczenia, które od 1970 do 1989 r. było znane pod nazwą Pollena. Wraz z nadejściem nowego ustroju zaczęto je prywatyzować. W mojej ocenie władze nie uszanowały przemysłu kosmetycznego. Na szczęście dzięki prywatnym przedsiębiorcom, którzy podczas transformacji pozakładali własne firmy, branża się nie rozpadła.

Czy wszystkie fabryki dawnej Polleny zostały w polskich rękach?
Część fabryk Polleny, w tym Pollena-Lechia, została sprzedana zagranicznym koncernom, i to po bardzo niskich cenach. Wraz z fabrykami sprzedano prawa do używania nazw marek kosmetyków w nich produkowanych. Wśród nich były Nivea – od zawsze produkowana w Poznaniu – i Colodent. Po upływie okresu karencji nowy właściciel, czyli koncern Beiersdorf AG, sprzedał markę Colodent korporacji Colgate-Palmolive. Ze sprzedaży tej jednej marki uzyskał prawie taką samą sumę, jaką wcześniej zapłacił za całą fabrykę Pollena-Lechia i marki w niej produkowane. Podczas prywatyzacji nietrudno się było domyślić, że Beiersdorf AG nie potrzebuje marki pasty do zębów i że będzie nią zainteresowany Colgate. Z kolei ogromna, dobrze prosperująca fabryka Pollena-Uroda została sprzedana brytyjskiej firmie PZ Cussons zajmującej się produkcją mydła i środków czystości. Nowy właściciel doprowadził warszawski zakład do zamknięcia, a fabryka i teren zostały sprzedane na lofty. Na szczęście sama marka Uroda została odkupiona przez polskie firmy i produkty nią sygnowane są dostępne na rynku, choć już nie w takiej skali jak kiedyś.

Czy to prawda, że Polska jest jedynym obok Litwy krajem w Europie, w którym kosmetologia jest nauczana na poziomie uniwersyteckim?
Tak, to prawda. Obecnie w mniej więcej 15 miastach istnieją szkoły stricte kosmetologiczne. Działają przy uniwersytetach medycznych, politechnikach lub są prywatnymi placówkami. W Europie Zachodniej to niespotykane. Tam kosmetologów kształci się przy okazji prowadzenia kierunków farmaceutycznych. Na studia do Wyższej Szkoły Zawodowej Kosmetyki i Pielęgnacji Zdrowia w Warszawie założonej przez prof. Jacka Arcta przyjeżdżają studenci z całej Europy i Azji.

Kosmetolodzy wykształceni w Polsce są pożądani za granicą, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii.

Czy oprócz eksportowania wyspecjalizowanej kadry wysyłamy za granicę również polskie kosmetyki?
Zdecydowanie tak. Polskie kosmetyki trafiają do wielu krajów na świecie, m.in. do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Rosji, Kazachstanu i Turkmenistanu. Przykładem polskiej firmy, której sukces opiera się na eksporcie kosmetyków na cały świat, jest Inglot. Coraz więcej sprzedajemy do krajów położonych wokół Zatoki Perskiej. Dzieje się tak dzięki kontaktom handlowym nawiązywanym na targach w Dubaju – cieszymy się tam bardzo dobrym wizerunkiem. Nieźle też nam idzie na największych targach kosmetycznych na świecie, czyli Cosmoprof. W tym roku w oficjalnym Polskim Pawilonie Narodowym w Bolonii wystawiło się ponad sto naszych firm.

ZEW for men cosmetics
Linia kosmetyków marki ZEW for men składa się z pięciu produktów: mydła do brody, mydła do ciała i twarzy, mydła do włosów, mydła do golenia oraz mydła w sztyfcie 3 w 1. Wszystkie są produkowane w Polsce i wszystkie zawierają węgiel drzewny pochodzący z Bieszczad. Opakowania zostały zaprojektowane przez grafików z warszawskiego studia Mamastudio i są wykonywane z papieru oznaczonego certyfikatem FSC. Drewno, z którego produkowany jest ten papier, pochodzi z odpowiedzialnie zarządzanych lasów – każde ścięte drzewo zastępuje się nowym nasadzeniem.

Czy w narodowym pawilonie nie czuć atmosfery zażartej konkurencji między polskimi wystawcami?
W żadnym wypadku. Firmy kosmetyczne działające na terenie Polski, nawet te największe, działają we wspólnym interesie. Na co dzień są stowarzyszone w Polskim Związku Przemysłu Kosmetycznego. Od dwóch kadencji prezesem zarządu związku jest pani Joanna Popławska z Oriflame. PZPK jest z kolei członkiem organizacji Cosmetics Europe, działającej przy Komisji Europejskiej w Brukseli. Tam pracują lobbyści dbający o interesy całej branży. Konkurencja między firmami kosmetycznymi pojawia się dopiero na poziomie mediów i na półkach sklepowych. Ponadto od 60 do 100 kosmetologów, przedstawicieli laboratoriów i działów rozwoju pracujących dla różnych polskich firm kosmetycznych spotyka się co roku na targach In-cosmetics i wspólnie zdobywa tam wiedzę o nowościach. Należy tylko żałować, że nie ma tam polskich wystawców oferujących surowce kosmetyczne. Na tym właśnie polega bolączka polskiego przemysłu kosmetycznego: sami niemal nie produkujemy surowców niezbędnych do produkcji kosmetyków.

Skąd zatem czerpiemy składniki, z których powstają kosmetyki?
Surowce pochodzą z importu. Istnieją nieliczne wyjątki, takie jak bardzo dobrej jakości detergenty i składniki służące do produkcji szamponów, produkowane w fabryce PCC Rokita, ale ich podaż jest niewystarczająca. Identyczne składniki są sprzedawane przez cztery czy pięć zachodnich firm, silnie zadomowionych na naszym rynku. Innym przykładem są ekstrakty roślinne wytwarzane przez katowicką firmę Naturex, ale to nadal kropla w morzu potrzeb. Podejmowano próby produkowania w Polsce kwasu hialuronowego, jednego z popularnych składników kosmetyków, ale nic z tego nie wyszło. Mimo że moglibyśmy produkować duże ilości kwasu hialuronowego, to importujemy go z Chin. Kiedyś przetwórstwo tłuszczów zwierzęcych i roślinnych było w Polsce wysoko rozwinięte, teraz niemal nie istnieje. Uważam, że popełniamy w tym zakresie duży błąd.

Czym się różnią składniki wytworzone z tłuszczów roślinnych i zwierzęcych?
Niczym. Kwas stearynowy, tak jak kwas laurynowy, powszechnie wykorzystywany do produkcji kosmetyków, wytworzony z tłuszczów roślinnych czy zwierzęcych jest taki sam.

Dla kosmetologa nie ma różnicy, ale dla klientów, w tym wegan, pochodzenie składników kosmetyków jest kluczową kwestią podczas podejmowania decyzji zakupowej.
Doskonale rozumiem i szanuję potrzeby tej grupy docelowej. Wegetarianie i weganie mają z czego wybierać – na rynku są dostępne kosmetyki, których surowce pochodzą z roślin. Na opakowaniach takich produktów znajdują się specjalne oznaczenia. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na inny problem, a mianowicie na to, że tłuszcz zwierzęcy pochodzący z przemysłu mięsnego – a nie zapowiada się, by ta branża w Polsce się miała skurczyć – jest marnotrawiony. Zamiast utylizować ten tłuszcz czy przeznaczać go na eksport, moglibyśmy go przerabiać np. na składniki detergentów. Gdziekolwiek by spojrzeć na surowiec podstawowy – emulgator, detergent czy składnik wspomagający – to wszędzie tam występują łańcuchy węglowodorowe. Z tłuszczu zwierzęcego można wytwarzać na przykład proszki do prania czy mydła. Za kilogram tłuszczu zwierzęcego eksportowanego za granicę otrzymujemy marne grosze: od 20 do 30 gr. Zagraniczni nabywcy wiedzą, jak ten tłuszcz wykorzystać w przemyśle. Tymczasem polskie firmy kosmetyczne muszą importować np. alkohol cetostearylowy, który kosztuje od 12 do 15 zł za kilogram. A przecież moglibyśmy przerobić tłuszcz zwierzęcy wytwarzany przez przemysł mięsny na surowiec kosmetyczny czy detergentowy, ograniczając import surowców i zaoszczędzając w ten sposób mnóstwo pieniędzy. Moim zdaniem brakuje tu logicznego myślenia i działania. Do odrodzenia przetwórstwa tłuszczów w Polsce musiałoby się jednak włączyć państwo, bo prywatny inwestor nie udźwignąłby skali niezbędnych, długofalowych inwestycji.

Skąd pochodzą stosowane do produkcji kosmetyków tłuszcze roślinne?
Obecnie do produkcji kosmetyków stosuje się głównie olej palmowy pochodzący z plantacji palm oleistych znajdujących się w południowej Azji. Wszystko było w porządku, dopóki olej pozyskiwano z palm rosnących na terenach, które nie nadawały się do innych celów rolniczych ani pod zabudowę. Globalny popyt na olej palmowy wzrósł jednak do tak wysokiego poziomu, że Azjaci z żądzy zysku zaczęli wycinać lasy deszczowe, by na ich miejscu sadzić palmy oleiste. Co prawda olej palmowy, który trafia do Unii Europejskiej, musi posiadać certyfikaty pochodzenia z plantacji, które nie mają negatywnego wpływu na środowisko, ale i tak uważam za absurd to, że pozbywamy się tłuszczu zwierzęcego, który i tak w Polsce produkujemy i moglibyśmy go wykorzystywać do produkcji kosmetyków i detergentów, a ściągamy z drugiego końca świata olej palmowy. Moim zdaniem tak być nie powinno.

Bez względu na to, czy jesteśmy weganami, czy nie, zanim włożymy produkt do koszyka, coraz uważniej czytamy skład danego kosmetyku. Wielu klientów unika triklosanu i wszelkich parabenów.
Co prawda jeszcze nikt nie udowodnił tego, że mikrobójczy triklosan na pewno jest szkodliwy, ale na wszelki wypadek rzeczywiście odradzam stosowanie kosmetyków zawierających ten związek. Z kolei zaprzestanie stosowania parabenów uważam za duży błąd. Nie został on popełniony przez kosmetologów, lecz przez media, które kilka lat temu wielokrotnie powieliły informację o kobiecie chorej na raka, u której w węzłach chłonnych znaleziono parabeny. Nie wiadomo jednak, skąd się one tam wzięły ani czy ich obecność była przyczyną powstania choroby. Wiadomość poszła w świat, wybuchła panika i ludzie zaczęli unikać parabenów w kosmetykach jak ognia. Nie było popytu, więc nie ma już podaży. W rzeczywistości parabeny są jednymi z najlepiej znanych środków konserwujących stosowanych od stu lat, również w przemyśle spożywczym. W naturalnej postaci występują m.in. w gruszkach i bananach. Dzięki nim wnętrza tych owoców nie pleśnieją. Komitet Naukowy działający przy Komisji Europejskiej wykazał, że podstawowe parabeny – methylparaben, ethylparaben, propyloparaben – są bezpieczne. Wprowadził jedynie ograniczenia dotyczące stosowania izoparabenów, ponieważ stwarzały podejrzenie, że mogą być reprotoksyczne, czyli mogą oddziaływać na rozwój ludzkiego płodu. W mojej ocenie niedobrze się stało, że parabeny zastąpiono konserwantem o nazwie isothiazolinone. Nie zdziwiłbym się, gdyby afera z parabenami była podsycona przez producentów zamienników. Isothiazolinone wyparło nawet parabeny z farb ściennych – je również trzeba konserwować, by nie pleśniały. Methylisothiazolinone i methylchloroisothiazolinone teoretycznie są bezpiecznymi konserwantami, ale stosowane w dużej ilości zaczęły powodować uczulenia. Parabeny nadal są stosowane w wyrobach farmaceutycznych, na przykład w różnych maściach, ale na etykietach się ich nie wymienia, ponieważ w przemyśle farmaceutycznym nie ma takiego obowiązku.

Przez zjedzenie jednej gruszki do organizmu człowieka trafia mniej więcej tyle samo naturalnych parabenów – niczym się one nie różnią od tych syntetycznych – co w kremie, którym ktoś smarowałby się od stóp do głów przez trzy miesiące.

Czy jakikolwiek składnik kosmetyków można pozyskiwać lokalnie i nie wzbudza on żadnych kontrowersji?
Tak, jest nim węgiel drzewny. W nowoczesnym przemyśle kosmetycznym jest stosowany od niedawna. Ma doskonałe właściwości absorbujące, pochłania wiele zanieczyszczeń. Kiedyś był stosowany w maskach gazowych, bo pochłania nawet gazy bojowe. Powierzchnia cząsteczek zawartych w jednym gramie węgla drzewnego wynosi aż 200 mkw. Węgiel drzewny chłonie zanieczyszczenia jak gąbka, stąd świetnie sprawdza się jako dodatek do preparatów myjących i oczyszczających.

Czy z każdego gatunku drewna można uzyskać węgiel drzewny?
Z każdego, ale jako dodatek do kosmetyków najlepiej się sprawdza drewno pochodzące z drzew liściastych – te zawierają mniej żywic od drzew iglastych. Brzoza i wierzba rosnąca w Bieszczadach znakomicie się do tego nadają. Kawałki drewna zamyka się w retorcie i podgrzewa bez dostępu powietrza – inaczej by spłonęło – do temperatury wynoszącej od 450 do 700 stopni Celsjusza. Pałeczki węgla drzewnego można stosować jako filtry do wody, a w rozdrobnionej postaci sprawdzają się jako składniki kosmetyków. Czarne drobiny nadają charakterystyczny kolor kosmetykom, ale są całkowicie zmywalne.

https://www.youtube.com/watch?v=faYej-7bOUg

Wywiad z kosmetologiem Andrzejem Sikorskim przeprowadziłem podczas wyjazdu prasowego w Bieszczady zorganizowanego w ramach działań promocyjnych nowej polskiej marki kosmetyków dla mężczyzn ZEW for men. Konferencja prasowa odbyła się na łonie natury w sercu Bieszczad. Spacer do schroniska Chata Socjologa oraz przebieg szkolenia z surwiwalu udokumentowałem na wyżej zamieszczonym filmie.

www.poczujzew.pl

Spodobał Ci się wywiad? Postaw mi za niego kawę. Możesz przekazać mi dowolną kwotę ze swojego konta PayPal lub karty kredytowej. Wszystkie darowizny przeznaczam na finansowanie wyjazdów na targi, festiwale i konferencje o dizajnie i nowych technologiach – to na nich odkrywam tematy opisywane na blogu. Aby dokonać bezpiecznej transakcji, wystarczy kliknąć znajdujący się niżej przycisk. Dziękuję za wsparcie, odwdzięczę się kolejnymi materiałami.

Polecane artykuły